 sala: Mała Huta czas trwania: 70 minut
bilety: 30 zł normalne/20 ulgowe/15 grupoweautor: Bernard Marie Koltes reżyseria: Radosław Rychcik tłumaczenie: Marian Mahor scenografia: Maria Stoces muzyka: grupa Natural Born Chillers
 Obsada:Dealer - Wojciech Niemczyk Klient - Tomasz Nosinski produkcja: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach
Treścią„Samotności pól bawełnianych” jest poetycki, namiętny dialog pomiędzy Klientem i Dealerem, o dealu (wymianie) jako zasadzie międzyludzkich kontaktów.
"Spotyka się dwóch nieznajomych mężczyzn.
Powiedz mi, czego chcesz, a ja
ci to sprzedam – mówi pierwszy.
Drugi odpowiada – powiedz mi, co masz,
a ja powiem ci, czego chcę.
To deal we wszystkich formach, to wszystkie
formy dealu proponowane przez życie, to prawda związków międzyludzkich.
Dealer nie powie nigdy, co proponuje, ale być może dlatego, że sam jest
w potrzebie.
Klient cały czas będzie wymagał, by odkryto, czego żąda,
ale być może dlatego, że nie umie już o nic poprosić.
(B.M. Koltés)
Dwóch samotnych do bólu, odzianych w czarne garnitury mężczyzn, rzuca w publiczność mocne słowa, za którymi stoi równie mocna muzyka.
*nagroda plebiscytu na Fanaberię Publiczności podczas VII Międzynarodowych Wałbrzyskich Fanaberii Teatralnych 2009.
Z RECENZJI:
„Deal, którego przedmiot u Koltesa jest niejasny, wręcz abstrakcyjny, tutaj nabiera ciała (dosłownie), bo między Klientem a Dealerem tworzy się napięcie seksualne. Ale Rychcikowi nie chodzi o wytłumaczenie spotkania Klienta i Dealera chęcią spełnienia cielesnych pragnień. Pojawiają się one jako nieodłączny składnik każdego międzyludzkiego kontaktu”. Joanna Targoń, Gazeta Wyborcza
„Doskonale współgra z aktorami zespół Natural Born Chillers. Młodzi muzycy grający energetyczną muzykę klubową na żywo ilustrują emocje bohaterówsztuki, wprowadzając w trans nie tylko ich, ale także widzów. Luiza Buras, Echo Dnia
Rewersem tego niefortunnego spotkania, tego nieudanego dealu jest jednak owo mistyczne i upragnione miejsce „samotności pól bawełnianych”. Samotność to zarazem stan ducha, miejsce i chwila w środku nocy. Obaj rozmówcy wspominają o tym pięciokrotnie, jakby mówili o czasoprzestrzeni, w której chcieliby pozostać lub do której chcieliby się wycofać. Samotność jest odwrotną stroną dealu, to świat piękny i delikatny jak bawełna, to łono i miejsce fantazmatyczne, raj, w którym żyje się bez konfliktów i międzyludzkich transakcji, w symbiozie z naturą i matką; to świat który ich przyjmuje bez względu na to czy byliby w pojedynkę czy razem. Bawełniana samotność byłaby więc odwrotnością samotności niepokojącej, „prawdziwej samotności, czyli takiej, która przysparza cierpienia (i która) rodzi pragnienie, by zabić”. „Samotność pól bawełnianych Bernard-Marie Koltesa albo świat dealu” Patrice Pavis, tł. Mateusz Borowski. DIDASKALIA, czerwiec-sierpień 2004
Poetycki slam o samotności "Samotność pól bawełnianych" szokuje. I daje widzowi, przyzwyczajonemu traktować teatr jak rozrywkę, w twarz. Raz za razem. "Samotność pól bawełnianych" Barnarda-Marie Koltesa w reżyserii Radosława Rychcika, to rzecz o przypadkowym spotkaniu dwóch mężczyzn. Dealer (w tej roli Wojciech Niemczyk) ma coś do sprzedania, Klient (Tomasz Nosiński) - chce coś kupić, ale nie potrafi nazwać swojej potrzeby. Nie o zwykłą transakcję tu jednak chodzi, ale raczej o pokazanie relacji panujących w dzisiejszym społeczeństwie, relacji, które traktowane są w kategoriach czysto użytkowych - wymiany, dealu. Niemczyk i Nosiński, Dealer i Klient, wymieniają się więc słowami, minami, dotykiem i... nic z tego nie wynika.
Tekst Koltesa, ostry, pełen metafor, zapętleń, niedomówień, pełen "szumów", z których odcedzić trzeba to, co istotne - tak jak powieści Michela Houellebecqua, Philippe Djiana czy Douglasa Couplanda - jest lustrem, w którym widzimy samych siebie i ten widok do najprzyjemniejszych nie należy. To lustro pokazuje, że w tym swoim triumfalnym pochodzie ku lepszej przyszłości doszliśmy tylko do punktu, w którym istnieje pożądanie, lecz nie ma obiektu pożądania, istnieje przymus konsumowania, lecz nie bardzo wiemy, na co mamy ochotę i co miałoby nas zaspokoić, bo na pewno nie seks, narkotyki czy pieniądze. Świat w oczach Koltesa, to świat, w którym pustka osacza i nie daje o sobie zapomnieć, a człowiekiem rządzi nieopisany lęk przed samotnością. W tym spektaklu widz w kameralnej atmosferze Pokoju Becketa konfrontowany jest tylko z dwoma aktorami, dwoma postaciami i słowami. To one są tu najważniejsze. Towarzyszy im nowoczesna, transowa, klubowa muzyka grana na żywo przez młody zespół Natural Born Chillers, która dodatkowo akcentuje emocje postaci, ale, niestety, od wypowiadanych słów - a tekst łatwy nie jest i wymaga od widza nieustannego skupienia - odwraca uwagę. Choć w spektaklu (który jest raczej połączeniem koncertu, dyskoteki, poetyckich slamów, czy imprez klubowych, niż tradycyjnym spektaklem) dwóch aktorów, opowiadając o rozpaczliwej samotności i braku uwagi ze strony innych, usiłuje zwrócić na siebie uwagę widzów. Wojciech Niemczyk i Tomasz Nosiński dają z siebie wszystko. Tańczą, wyginają ciała w konwulsyjnych pozach, tikach, drgawkach i prowadzą dialog naładowany skrajnymi emocjami, pełen nerwowych pisków, krzyków i skowytów (brawa dla Wojciecha Niemczyka za efektowną scenę z narastającym, histerycznym krzykiem), jak gdyby chcieli własnymi ciałami powiedzieć: tak, świat oszalał, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że my w tym świecie żyjemy i musimy żyć dalej. Pytanie tylko: jak w tym szaleństwie odnaleźć metodę na siebie, na spokój, na przyzwoitość, na zaspokojenie? Reżyser Radosław Rychcik wytrąca widza z równowagi. Żongluje emocjami, szokuje. I sprawia, że wobec tego, co na scenie, nikt nie pozostaje obojętny. (…)Radosław Rychcik pokazuje, iż jesteśmy brzydcy, a świat jest pełen samotności, cierpienia. Pełen życiowych nieudaczników, poszukujących spełnienia snu o powszechnej szczęśliwości. Nie wszyscy istnienie takiego świata przyjmują do wiadomości i nie dla nich zapewne jest ta sztuka. Ale nie znaczy to, że takiego świata nie ma i że nie warto pokazywać go, by ostudzić trochę zachwyt sobą i tym światem. Monika Rosmanowska, Gazeta Wyborcza Kielce
Rychcik spala aktorów (Samotność pól bawełnianych) Wojciech Niemczyk i Tomasz Nosiński, aktorzy teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach, spalają się w półtoragodzinnym seansie transu, emocji i przejmującego tekstu Bernarda Marie Koltesa. Reżyser Radosław Rychcik każe im przekrzyczeć głośną, psychodeliczną muzykę obecnego na scenie zespołu Natural Born Chillers wyrzucanym z siebie tekstem dramatu. Samo to jest już przedsięwzięciem karkołomnym i wymagającym niezwykłego wysiłku fizycznego. Nosiński i Niemczyk obnażają się do mięsa, do czerwonej, podrażnionej śluzówki gardeł, które wywlekają na zewnątrz wraz z potokiem, a raczej ściekiem słów. Aktorzy działają poza ograniczeniami własnej fizyczności, kinetyki przez naszą cywilizację uprzywilejowanej i ekspresji przez naszą kulturę tolerowanej. Widz dostaje na talerzu emocje wyprane i odarte z tego, co na co dzień je ogranicza, porządkuje i temperuje. Nosimy je przecież w sobie i od dziecka uczymy się jak sobie z nimi radzić. A potem uczymy nasze dzieci.I nieopatrznie przychodzimy na seans teatru Radka Rychcika, żeby zobaczyć te emocje w izolacji od wszelkich ograniczeń i konwenansów. (…) Bohaterowie Samotności pól bawełnianych są jakby cali napisani brakiem, niespełnieniem, poszukiwaniem. Spotykają się i nawet rozpoznają swoje pragnienia. To już wiele. Ale mamy wrażenie, że w to spotkanie od początku wpisane jest poczucie porażki. Fiasko porozumienia i bliskości jest w głowach tych postaci. Biologiczny imperatyw poszukiwań i pożądania zawarty jest w ich konwulsyjnie rozedrganych ciałach. Zawieszeni w transowej muzyce poddajemy się ich rozdarciu pomiędzy tymi dwoma rzeczywistościami. Tekst Koltesa (1948-1989, zmarł na AIDS) opowiada o sile pożądania i o niemożności jego realizacji zarazem. Jest utkany z dwuznaczności. Skrojony na nasze czasy, gdzie wymiana, handel, rozbudzanie potrzeb i zaspokajanie pragnień stało się zasadniczym i najważniejszym elementem życia. Nie umiem mówić nie - mówi dealer - nie znam tego słowa. Mam wszystko, czego pragniesz a jeśli tego nie mam, to będę to miał. Spełnię wszystkie twoje życzenia. Koltes trafia swoją diagnozą w najczulszy punkt współczesności. Choć bardzo nie chcemy się do tego przyznać, zaspokajanie pragnień jest naszą nową religią, czymś, co spędza sen z powiek, przyprawia o frustrację i ostatecznie śmierć. Dlaczego pozostajemy nienasyceni? Egzystencjalny, metafizyczny głód czy zwyczajna nieumiejętność wchodzenia w relacje z drugim człowiekiem? Co tak naprawdę jest tematem spektaklu? Tego do końca się nie dowiemy. Ale nie wyjdziemy z teatru w przyjemnym poczuciu skonsumowania kolejnego dobra, na które było nas stać. Kombinacja Koltes-Rychcik-Niemczyk-Nosiński i zespół wbija klina w mieszczańskie popołudnie. Co kierowało reżyserem, że porzucił całkowicie deklamatorską interpretację tekstu na rzecz pewnego rodzaju widowiska-performansu? Najpewniej talent i twórcza intuicja. Jego poszukiwania formy wyrazu okazały się bardzo nośne. Odbiór (prawdy Koltesa, prawdy Rychcika, Niemczyka i Nosińskiego) nastąpił na poziomie silnego, niemalże transowego udzielenia się widowni napięcia panującego na scenie, podskórnego dreszczu ekscytacji, wynikającego z tego, że dane jej było przyglądać się pewnym bardzo intymnym praktykom. Rychcik brutalnie i z dużą stanowczością wydobył bowiem z ciał swoich aktorów coś, czym głęboko i skrycie wszyscy jesteśmy podszyci - lęk, że nigdy tego najbardziej istotnego, najbardziej dotkliwego braku nie zaspokoimy, a wszystko inne pozostanie tylko częściowe i pozorne. (…) Samotność pól bawełnianych w reżyserii Rychcika, poza całą gamą innych uczuć, dostarczyła poczucia ulgi, że mamy nowoczesny teatr. Nie taki pseudo-podszywający się obecnymi na scenie gadżetami nowoczesności i schlebiający niedouczonemu odbiorcy rynsztokową nowomową, ale inny - młody i prawdziwie nowoczesny, ostry, bezkompromisowy a do tego ważny, stroniący od banału. Beata Frysztacka, Festiwal BOSKA KOMEDIA Kraków |