Transmisja prosto z Korei
28.10.2009.
Spektakl Supernova. Rekonstrukcja gościu w Korei, w Seulu. Specjalnie dla naszej strony internetowej mamy relację z pierwszego dnia pobytu, przygotowaną przez Głównego Łaziebnego - Bartosza Szydłowskiego.

Nie było łatwo, ale dotrwaliśmy w samolocie. Start o 6.00 i lądowanie o 6.00. Nie pospał porządnie nikt, bo inny czas i duże poruszenie. Trzech beniaminków w powietrznej podróży: Agnieszka, Karolina i Michał. Najgorzej lot przeżył Miśek, ale Aneta trzymała go za rękę i w końcu dał radę. Oklaski.

Dzień pierwszy bez taryfy ulgowej, ale genialny, pełen różnorodności i niespodzianek.
Najpierw dwie godziny autobusem do hotelu przez seulski traffic jam.  Było gorzej niż w samolocie... Potem szybki prysznic w hotelu Biwon i "posiadówka" techniczna nad harmonogramem z organizatorami. Oczy się kleiły, angielski w dialekcie koreańskim brzmiał bardzo egzotycznie, po raz kolejny oglądaliśmy plany zamiast zobaczyć teatr, ale herbatka ryżowa była super. Obiad pod hasłem "smok wawelski miał lepiej". Jacek prychał i kaszlał, bo wpadło mu gdzieś ostre ziarenko, wszyscy sapaliśmy i pot lał się z nas strumieniami. Przyczyna? Zupa Kim Chi. Udało się Wojtkowi i Marcinowi, bo wzięli coś vega, a Misiek dostał placki ziemniaczane zamiast wołowiny.
 
foto. Aneta Skrzyszowska Potem od razu metrem do polskiej ambasady. Marcin, Matylda, Aneta i ja. Pozostali odsypiają. W ambasadzie bardzo gościnnie i bardzo życzliwie. Pan Piotr Szostak pokazuje nam magazyn, z którego możemy wybrać meble. Wśród podrabianego stylu empire i nowoczesnych biurek udaje się wygrzebać odpowiednie: materac, wieszak, kilka krzeseł, gorzej ze stołem, biurkiem... ani Matylda ani Marcin nie są zachwyceni.  No cóż, ruszamy dalej na łowy, jedziemy na targ, na tzw. ulicę mebli, gdzie za parę groszy można dostać ponoć niemal wszystko. No i rzeczywiście jest niemal wszystko. Najbardziej szokują nie meble, ale klatki z czekającymi na swój los psami i stoisko z psią garmażerką. Nie chcielibyście tego widzieć. Koszmar. Mati z Marcinem przekopują się dzielnie przez kolejne sterty różnych sprzętów, czego efektem jest zakup opiewający na bajońską kwotę 100 000 wonów, czyli około 300 zł. Wyobrażacie sobie jakie zdziwienie musieli budzić biali z obłędem w oczach kupujący najstarsze i najbrzydsze rzeczy? Biurka, ławki, krzesła i mniejsze rekwizyty - orginalne, koreańskie lądują na zdezelowaną przyczepę i pojadą jutro rano do teatru.

foto. Aneta Skrzyszowska Potem spacer - długi, bardzo długi, w uniesieniu, jakby na skrzydłach. Wszystko się przecież udało załatwić szybko i sprawnie. Seul jest pełen zapachów. Na początku czułem się jak na zapleczu dworcowej restauracji, ale z każdą kolejną godziną rozpoznawałem coraz więcej odcieni smrodu. To bogactwo było fascynujące. Przechodzimy przez magiczną ulicę kowali. Dziesiątki małych kuźni niemal jak ze średniowiecza tuż naprzeciw nowoczesnego centrum handlowego. Ludzie pracy, zapoceni, przypruszeni węglowym pyłem, spoglądają przed siebie na kiludziesięciometrową reklamę z cycatą blondynką zapraszającą do zakupu czegoś tam… dźwięk młotów, tysiące świeżo wykutych sierpów, haków, skobli i zmęczeniem uformowane twarze, bez uśmiechu. Skąd my to znamy?

Byliśmy tak podekscytowani, że pokonywaliśmy kolejne kilometry bez zatrzymywania. Dopiero gdy usiedliśmy w kafejce, aby napić się herbaty Marcin i ja zasnęliśmy na siedząco. Gdyby nie Matylda i Aneta... To był dzień nie do zapomnienia.

foto. Aneta Skrzyszowska Po drodze do hotelu wchodzimy do restauracji. Bez butów, przy niskich stolikach i przy obsłudze nie znającej angielskiego. To częsty widok w Korei. Niemal nikt nie mówi po angielsku,  a ci którzy zdają się mówić robią to w sposób praktycznie niezrozumiały.  Fantastyczna loteria...  Jak Bolek i Lolek poszukiwali miejsc kolejnych podróży palcem po globusie tak, tak my wędrowaliśmy po karcie dań.

No, Marcin podpierał się napisną przez Ji -yi kartką "Bez mięsa Proszę. Jestem Wegetarianinem", co wzbudzało śmiech i lekką konsternację, bo co jak co , ale nie ma chyba bardziej mięsożernego narodu niż koreańczycy. Efekt był rewelacyjny: sushi, sałatki różnego rodzaju i wielki gar zupy, w której sami gotowaliśmy wniesione na stół dodatki: langusty, małże, muszle jakuba, warzywa i wołowinę. I nie było za ostre !!! Nie mam wątpliwości, że poznawanie obcego kraju poprzez spotkania z ludźmi i kuchnię jest  najciekwasze i najbardziej dogłębne.

txt: Bartosz Szydłowski // foto: Aneta Skrzyszowska