Moja Molinezja
spektakl inspirowany „Nowohucką telenowelą” Renaty Radłowskiej Moja Molinezja to pełna ekspresji historia barwnej nowohucianki. Halina jest z wykształcenia fryzjerką, ale potrafi też wróżyć. Jej mąż Zbyszek od dziesięciu lat jest taksówkarzem (i zapalonym wędkarzem).
Otrzymują spadek po cioci Eli - dom na wsi. Pojawia się więc Jakub – brat Zbyszka, by zdecydować, co dalej ze spadkiem. Wraz z nim powraca też dawna miłość do Haliny…
Paweł Kamza po przeczytaniu „Nowohuckiej telenoweli” zrobił spektakl. O czym? O miłości w czasach zarazy – tu rozumianych jak czas, w którym ludzie doświadczają sytuacji granicznych. Oraz o tym, jak głębokie potrafi być uczucie i jaką daje siłę.
Co znaczy słowo DOM w dzisiejszych czasach? Czym jest RODZINA? Z czym wiąże się słowo KOCHAM? Co to znaczy, gdy coś jest „MOJE”?
Przyjdźcie się przekonać i zanurzcie w niesamowitej nastrojowości przepływającej ze sceny wprost na widownię. Niesamowity klimat spektaklu tworzy, oprócz surrealistycznej scenografii i kameralnego światła, folkowa muzyka na żywo (śpiew i skrzypce Joanna Słowińska i Jan Słowiński w fortepianowym tle Pawła Moszumańskiego).

Scenariusz i reżyseria: Paweł Kamza
Występują: Mateusz Janicki, Tomasz Radawiec, Tadeusz Ratuszniak, Olga Szostak, Edyta Torhan
Muzyka na żywo: Joanna Słowińska, Jan Słowiński, Paweł Moszumański
Scenografia i reżyseria światła: Małgorzata Szydłowska
Reżyseria ruchu: Iwona Olszowska

P R E M I E R A 6 listopada (piątek) g. 19:00 czas trwania: 75 minut W spektaklu na żywo usłyszeć można Joannę Słowińską i Jana Słowińskiego oraz Pawła Moszumańskiego. RECENZJE:
Onkologia eschatologii"Moja Molinezja" jest o miłości, niejasnych wróżbach i chorobie. Paweł Kamza wyszedł od reporterskiej książki Renaty Radłowskiej, z opowiedzianych w niej historii małych świętych codzienności wyjął wątek wróżki Talii i kilka innych motywów.
Najpierw pomyślałem, że coś im się zepsuło. Finał nowohuckiego przedstawienia urwał się w pół słowa, jakby ktoś przypadkiem zgasił aktorom światło, wyłączył mikrofony. Zniknął bezpowrotnie, zanim zdążyliśmy się nim nacieszyć, ciepły domowy obraz. Chora kobieta na kanapie, z zamkniętymi oczami, kuli się w sobie w jesienne popołudnie. Dookoła obsiedli ją bliscy, duchy i przyjaciele. Ktoś przytargał starą szafę, ktoś białą przeszklone drzwi z mieszkania z bloku. Za plecami aktorów widać przedwojenną reprodukcję przedstawiającą świętą rodzinę. Z takich kawałków, wyrwanych z kontekstu przedmiotów budujemy sobie w głowie dom na wieczność. Jako umarli będziemy żyć w iluzji sklejonej z tego, co było tutaj. Aż chce się, żeby ta scena trwała i trwała, niech nawet nic nie mówią, nie tłumaczą tego świata, sportretowanego jakby w teatralnej miniaturze, jako pomniejszony, oddalony od nas, wyjęty na chwilę z ciemności obraz.
Paweł Kamza z premedytacją niszczy swoją wizję, przerywa ją brutalnie, z technicznym zgrzytem. Prawie ze złością. I mówi: tam nic nie ma. A jeśli nawet jest to, i tak nie możemy sobie tego wyobrazić. Niesamowite, porażające zakończenie przedstawienia, które toczy się swoim rytmem, zajmuje pozycję na styku formy i emocji. Talia (Edyta Torhan) to zakochana w życiu trzydziesto-kilkuletnia kobieta, czyta z kart, uwielbia męża (Tadeusz Ratuszniak), ale i podkochuje się w jego powracającym z Japonii młodszym bracie (Mateusz Janicki). Odwiedza ją znajomy listonosz (Tomasz Radwaniec), proszący o doraźne wizje w kwestii powodzenia tej czy innej inwestycji. Banał, życie jak z bloku obok, małe sprawy żyjących dniem dzisiejszym ludzi. Ale oto Talia dostaje wyniki badań onkologicznych. "Przyjdzie rak nieborak, jak ugryzie, będzie znak". I wtedy spektakl skręca w inną stronę. Rozumiemy już, do czego służy stojące pośrodku sceny puste akwarium (o ile mogę się domyśleć tytuł spektaklu dotyczy rybki zwanej molinezja, która umiera z samotności), czemu na ławkach obok widzów siedzi para muzyków grających i śpiewających ludowe piosenki. Kamza zaprasza nas na zakamuflowaną stypę po Talii, która trwa przez cały czas jej choroby. Dziwne, ale opowieść o chorobie, o chemii, o pożegnaniach i bezradności wróżki, która nie umie sobie wywróżyć ani życia, ani śmierci, jest rzeczywiście chłodna, wyestetyzowana. Kamza nie chce wzruszać, szuka formalnego języka, jakby chciał o tym mówić wyłącznie jako bezstronny obserwator. Dopiero w ostatniej scenie odkrywa karty.
Dlatego trzeba myśleć o tym przedstawieniu i opisywać je właśnie od końca. Od raniącego nas finału. Bo dopiero po tym przeżyciu inaczej patrzymy na bohaterów, rozumiemy intencje reżysera. Kamza bardzo wiele musi ukryć, wiele w sobie zabić, żeby być w tym przedstawieniu właśnie taki. Doceniając ten gest, pytam sam siebie: czy warto? Teatr jest generalnie od wyobrażania sobie umierania, śmierci, światów niemożliwych. Co się jednak dzieje, kiedy wyobraźni nie starcza? Kamza chce wyjść od konkretu - od prawdziwych historii i ludzi z książki Radłowskiej, ale czasem fikcja, szaleńcza jazda po asocjacjach, nierzeczywistość scenicznego świata bardziej zbliżają nas do eschatologicznego drżenia. Mówiąc wprost, wolałbym, żeby Kamza wystawił na przykład , ,Król umiera, czyli ceremonie", a reżyserując płakał niż udawał, że da się pokazywać śmierć na zimno.» Łukasz Drewniak Dziennik Gazeta Prawna nr 227 dodatek - Kultura
Czekanie bez ozdób
Pani umiera. Co tutaj więcej da się powiedzieć? Rak zapukał do ciała, nic nie da się zrobić. Pozostaje chemia - miałkie pocieszenie ludzkości. Nic nie pozostaje. Pani gnije, a wokół pustka niebywała, doskonale obojętna. To jest to, co w wyreżyserowanej przez Pawła Kamzę "Mojej molinezji" zdaje się być znakiem głównym: krucha pani - jej czekanie na koniec - na czarnym dnie ogromnego powietrza.
W hali Łaźni Nowej grająca umierającą Edyta Torhan wygląda całkiem tak, jak zapewne wygląda tytułowa rybka egzotyczna, o której czytam w programie: "sama w wielkim akwarium umarła z tęsknoty, z miłości". Dajmy spokój tęsknotom, zostawmy miłość. Jest tylko czekanie. Brzdęk zegarów bliskich i odległych. Nie słychać ich. Ale są.
Umiera pani. Co można do tego dodać? Co przemilczeć? Ci, którzy są przy pani (Mateusz Janicki, Tomasz Radawiec, Tomasz Sobczak, Olga Szostak) - brat męża, mąż, listonosz przyłażący z ciemną wiadomością i tancerka, co w tańcu przedziwnym, na końcu hali pląsanym, bywa wieloma widmami przeszłości - są przy niej coraz mniej. Nie może być inaczej. Gdy się ktoś, jak pani, szykuje na ostateczną samotność bez końca - żywi płowieją. To zwyczajne dzieje. Oddalają się, choć przecież czasem dotykają gnijącej głowy, przenoszą marniejące ciało z miejsca na miejsce, wszeptują coś w stygnące ucho. Tak, są, lecz ich bycie ma w sobie coś z upiorności dwóch, gipsowych bądź drewnianych, głów jelonków - głów leżących w akwarium ustawionym na środku czarnej sceny. Obojętna woda wyolbrzymia szeroko otwarte oczy - kulki ze szkła albo plastiku.
Pani umiera. Więc? Więc niewiele da się do tego dodać. Zgoła nic. Tak. Wszystko, co można, to przy jej wystyganiu postawić swoją ciszę i zrobić spis resztek ludzkich gestów, strzępów zdań i brzmień, co wciąż jeszcze krążą, wokół niej bądź w jej biednym mózgu, ale coraz wolniej, coraz senniej, jakby już tylko wedle prawideł niepojętej siły bezwładności. Właśnie tak w seansie Kamzy wszystkie te łupiny, odpady z życia wciąż żywych, przez godzinę i kwadrans kreślą koła na ziemi i w nieruchomym powietrzu.
Jakieś mętne, niedokończone spory o odziedziczony dom, który trzeba będzie sprzedać, albo ocalić. Jakaś żałośnie blada pamięć o starej, nieziszczonej miłości, co żadnych szans nie miała. Jeszcze uparte wizyty listonosza i jego parciane grzeczności na przywitanie i na do widzenia, jego toporne obycie, jego przaśne dobre wychowanie. Przedostatnie dotyki, finalne szepty, kilka spojrzeń głęboko w oczy, spojrzeń, które skończą się nie dalej jak jutro, pojutrze, góra w przyszłą środę wieczorem. Coś jeszcze?
Czasem śpiew i skrzypce (Joanna Słowińska i Jan Słowiński) - cierpkie wiejskie przyśpiewki, nieporadnie oswajające z trupami. Jeszcze daleko, na końcu hali, Paweł Moszumański, niby infernalny pianista, dobywający z czarnego pudła muzykę, co jest jak mgła. I na czarnej podłodze sieć czerwonych linii. Drogowskazy? Być może. Lecz pani nigdzie już nie pójdzie. To wszystko? Tak.
Dobrze się stało, że dywagacje o sekrecie śmierci, całe to funeralne filozofowanie, Kamza zostawił w programie. Tam - Barbara Skarga i Hegel, Levinas i Epikur, Rabbi Zusja i Mikołejko. Tu, na scenie - sama taktowność inscenizacyjna, tylko obraz niepojęty, zamknięty w dwóch słowach: pani umiera. Obraz bez komentarzy. Kamzy opowieść o utracie, której nie da się zatrzymać, jest umiarem scenicznych znaków. I tym samym jest Torhan.
Żadnych w jej roli "przesłań", doczepionych do zdychania. Żadnych "tez". Żadnej niezgody, protestów, strachu barokowo malowniczego, ni łzawości pensjonarskiej. Żadnych tanich pocieszeń, dzierganych na kanwie wiary bądź cynizmu ateistów. Nic, tylko czekanie. Bez ozdobników, bez fajerwerków. Gołe, bezradne, surowe czekanie aż światło zwiotczeje do końca. A gdy już się to staje, przychodzi myśl, że przy całej dziwności falowania między realnością a snem - seans Kamzy w istocie ma w sobie chłodną, twardą czystość finału "Śmierci Iwana Iljicza" Lwa Tołstoja.
"Wciągnął w siebie powietrze, zatrzymał się w połowie oddechu, wyprężył się i umarł." Nic więcej. Nic mniej. Co tu można dodać?» Paweł Głowacki Dziennik Polski nr 267/14/15.11.09
|